Twitter AriaWiki Profil na naszej-klasie Profil na myspace.com Profil na Facebook.com Forum fanklubu 'Chimera' Grupa na Last.fm Profil na YouTube.com Arija.pl Historia Dyskografia Galeria Koncerty Księga gości Linki

Wywiad z Arturem Bierkutem, cz. 2/2

Dlaczego rozeszliście się z Gutkinem?

Było wiele rozbieżności: na temat muzyki i naszego przetrwania. Nie chcieliśmy upaść zupełnie nisko. Lepiej zatrzymać się na tym co osiągnęliśmy, niż upaść na dno. W Ameryce jest bardzo ciężko. Uważałem, że nie należy tracić własnej twarzy, a ktoś inny uważał, że można gdzieś się ugiąć, żeby potem było lepiej. I tak to nie dogadaliśmy się...

Nie chciałeś zostać w USA na PMŻ (stałe miejsce zamieszkania – przyp. tłum.)?

Nie! Po co? Tam można oszaleć. Tu jest trochę lepiej. (wskazuje na pędzący w dali samochód) Ja przecież bez tego nie mogę (śmiech).

Jak znalazłeś się w grupie SIBIRIA?

W Los Angeles jest wydawane czasopismo, gdzie muzycy publikują ogłoszenia: potrzebny wokalista, potrzebny gitarzysta i tak dalej. A ja bardzo chciałem dołączyć do tej amerykańskiej grupy. W tym czasie byłem zafascynowany muzyką w stylu glam, która wtedy była modna, a i ja wykonałem kilka telefonów. Tak też poznaliśmy się z chłopakami, nie można nas potem było rozdzielić. Wspaniale wspólnie spędzaliśmy czas, jeździliśmy po Stanach, zagraliśmy w samym Los Angeles, występowaliśmy na różnych festiwalach: z PANTERĄ, SOUNDGARDEN, PEARL JAM. To były czasy!

SIBIRIA nagrała jeszcze jakiś album?

Tak, taki niskobudżetowy album. Trzeba by w to wkładać poważne pieniądze, ale kto się tym będzie zajmował?

I potem ci sami muzycy stworzyli zespół ZOOOM...

Nastąpiła pewna zmiana, bo basista wyjechał do Indii. Nazwa SIBIRIA nie pasowała potem nikomu, bardziej wszystkim podchodził ZOOOM. Ponadto SIBIRIA grała glam, a ZOOOM już grunge. Trzeba było więc inaczej się nazwać i wyglądać. Chociaż w grunge nie trzeba w ogóle wyglądać, co było mi na rękę (śmiech).

Swoją drogą, czy to prawda, że utwór, który nazwany został potem „Wypijmy jeszcze” („Выпьем еще”), nagrany przez Mawrina i Kipiełowa wziął się od ciebie? Jak to się stało, że kiedy wyszedł album Kipiełowa i Mawrina „Smutne czasy” („Смутное время”) nie byłeś wskazany jako autor?

Tak, ja go wymyśliłem już dawno. On zadzwonił: „Pozwolisz, że wykorzystamy twój kawałek?” Ja mówię – „Na Boga, oczywiście! Nie ma problemu!” A z resztą, nie tak od początku do końca, tam zrobili riff, zwrotkę i refren – właściwie to tyle.

W tym samym czasie mieliście jeszcze wspólny projekt o nazwie TSAR...

To był pomysł naszego producenta z Los Angeles, tak samo jak SIBIRIA i ZOOOM. Zaproponował, żeby znowu tak zebrać muzyków z Rosji i stąd. Tak też się nazywaliśmy: Tim, nasz perkusista, Siergiej, Artur i Rob, basista – TSAR, Car. Pojechaliśmy do Las Vegas nagrywać, jak to mówią, demo. Ale ja was błagam – posłuchałem tego dema: u nas, żeby takie nagrać, trzeba by z 18 lat!

Kto pisał teksty do tego albumu?

Wszystkie pisałem ja.

Pod koniec lat 90-tych wróciłeś do Rosji i w 1997 śpiewałeś na koncercie z MASTERem. Graliście wtedy tylko stare kawałki?

Tak, tylko stare.

Nie rozważałeś tego, żeby zostać wokalistą MASTERa na stałe?

Nie, w ogóle to było tak: „Mamy ekstremalną sytuację, pomóż nam!”. Nie ma pytań – proszę!

Kiedy jeździłeś z nimi po Belgii i Francji śpiewaliście swoje utwory głównie w języku angielskim, czy rosyjskim?

To było tak: praktycznie wszystkie teksty były przetłumaczone na język angielski. Pierwszy koncert w zasadzie był zerwany z powodu nałożenia się terminów z organizatorami. A mi potrzebny był jeden koncert, żeby ułożyć teksty – próby to nie to samo. Śpiewałem po angielsku, ale po drugim koncercie podeszli do nas Francuzi i mówią: „Chłopaki, co wy wyprawiacie? Zaprosiliśmy tutaj zespół rosyjski. Oni chcą języka rosyjskiego!” Ja na to: „Ale niczego nie zrozumieją”. „Wszystko jedno – duch powinien być rosyjski!”. I to było bardzo fajne: wszystkie słowa usunąłem i zacząłem śpiewać po rosyjsku. Przyszło mi przyuczać się ich na nowo, przypominać sobie – również tłumacząc teksty na angielski, odpowiednio zacząłem uczyć się języka. I tak to wyszło. Dobrze nas tam przyjęto, było wesoło.

Wychodzi na to, że to ty przetłumaczyłeś teksty?

Połowę ja, połowę profesjonalny tłumacz. Ale układałem je tak, żeby potem było wygodnie śpiewać.

Dlaczego nie było zapisu audio lub wideo z waszych wspólnych koncertów z Masterem?

Jest jedno nagranie, widziałem je kątem oka, ale jest bardzo złej jakości. Nie nadaje się do wydania.

Potem wszyscy odeszli od Granowskiego – i Ty, i Popow z Szenderem...

Do tego podziału nie przyłożyłem ręki! (śmiech) Mogę powiedzieć, że u nich w grupie napięcie narastało już od dawna.

Czy w tym momencie był już gotowy pomysł na ZOOM, czy pojawił się dopiero później?

Nie planowaliśmy niczego wcześniej. Rozeszliśmy się i nie zastanawialiśmy się, czy będziemy grać dalej. Ja miałem swoje powody odejścia, oni swoje. Potem się zdzwoniliśmy: „Co robimy? Może pogramy!”

A trudno się było przestawiać? Najpierw grałeś art rocka, progressive rock z Autografem, potem glam z SIBIRIĄ, następnie grunge z ZOOMEM i thrash z Masterem...

Nie, całkiem nie trudno. Tym bardziej jeśli znasz się z ludźmi od wielu lat, i wiesz, co oni grają. A do tego, u mnie taki wewnętrzny szalony duch – po prostu było mi potrzebne takie rozładowanie.

W 1998 roku nagraliście z Mawrinem świetny album „Wędrowiec” („Скиталец”) i opuściłeś grupę. Dlaczego?

Początkowo nie planowaliśmy grupy jako takiej, to miał być projekt: nagrać album, zagrać kilka koncertów i koniec. Nie mieliśmy żadnego porozumienia, żeby się głęboko w to angażować. A potem, kiedy nic się nie dzieje, robi się nudno. Chce się czegoś jeszcze, gdzieś jeszcze.

Na twoje miejsce przyszedł Stas Witart, nagrał drugi album „Nieformat-1”, ale z jakiegoś powodu nie był w stanie występować na koncertach. Wtedy znów się pojawiłeś...

To znaczy, że wcale nie odchodziłem. Po prostu oddaliłem się na jakiś czas (śmiech). Jakbyśmy się pokłócili, to już bym z powrotem nie przyszedł. Do tej pory łączą nas ciepłe relacje.

Po drugim odejściu od Mawrina miałeś swój zespół Bierkut, który planował wydać album. Był nawet reklamowany, utwory pojawiały się na składankach, ale w końcu się nie ukazał.

Pracowaliśmy nad nim z Aleksandrem Jelinem, nagrywaliśmy różne dema, przymierzaliśmy się. Inicjatywa była w zasadzie jego. Zagraliśmy nawet koncert w klubie "Piatnica"/„Пятница” koło Teatru Armii Radzieckiej. Z grubsza rzecz biorąc, daliśmy prezentację tego, co mamy zamiar grać.
Graliśmy tam niektóre rzeczy z „Kamiennej Krainy” („Каменного края”). Wszystko to trwało jakoś długo, mieliśmy problemy z tekstami. I wtedy właśnie Walerij Kipiełow odszedł z Arii. Usłyszałem o tym, kiedy pracowaliśmy nad tamtym albumem. A potem Wołodia (Chołstinin – przyp. tłum.) zadzwonił i mnie zaprosił.

Zapraszał ciebie na przesłuchanie?

Nie. Ja mówię: "Może najpierw spróbujemy?" On: "Nie ma czasu. Tu masz materiały, naucz się czterech czy pięciu utworów i przychodź na próbę." Szczerze mówiąc, nie wiedziałem co robić. On mówi: "A wiesz, kto u nas gra? Siergiej Popow!" I od razu się dogadaliśmy (śmiech). Oczywiście nie tylko z powodu Siergieja. Od dawna przyjaźniłem się i z Witalijem, i z Maksymem Udałowem – świetne chłopaki, wspaniali muzycy.

Przyszedłeś na miejsce, jak wówczas mówiono, „złotego głosu rosyjskiego metalu”...

Platynowego, teraz już platynowego (śmiech).

Jak to było? Ponad połowa fanów przyjęła Ciebie wrogo.

Uszczknięcie kawałka sławy było mi niepotrzebne – ja i tak nie z ulicy przyszedłem. Dużo ludzi przed moim przyjściem do Arii było świadomych, że pracowałem i z Autografem, i z Masterem, i z Mawrikiem. Nie mogę powiedzieć, że przyszedłem na czyjeś miejsce. To nie jest tak - w zasadzie przyszedłem na swoje miejsce. Nie dlatego, że Walerij odszedł, a ja szybko tu wskoczyłem, nie. Na samym początku powiedzieli mi: „W żadnym wypadku nie śpiewaj jak on – nie uda ci się. Chcemy, aby brzmiało inaczej”. Otrzymałem pełne wsparcie członków zespołu. Martwiłem się, oczywiście, martwiłem. A kiedy nadszedł czas pierwszego koncertu, po próbie w Twieru, mówię szczerze, że się boję. Odpowiedzieli mi: „Uważaj, teraz poleci w ciebie wszystko, co może polecieć...”. Nic nie poleciało, wszystko było normalnie. Myślę sobie, dobra, na kolejnym na pewno poleci. Drugi koncert przeszedł doskonale. Potem trzeci, czwarty... Oczywiście, do tej pory są ludzie, którzy piszą w Internecie: „Wynoś się stąd! Co ty tam robisz?! Ty śpiewasz utwory Walerija!”. Chłopcy, ja po prostu pracuję, co ja jeszcze mogę robić? Nie strzelajcie do pianisty, on gra, jak może! Uwielbiam Arię, uwielbiam muzykę i piosenki
napisane przez grupę Aria, nie każdy zespół może pochwalić się tym, że wszystkie koncerty składają się z samych hitów. Dla mnie jest najważniejsze, żeby nie zrobić gorzej. W inny sposób – tak, ale nie gorzej. To było bardzo ważne, i myślę, że mi się udało. Tak uważam. Może ktoś sądzi inaczej. Najważniejsze – nie narobiłem sobie wstydu.

Wyłania się tu taka prawidłowość: najpierw z Masterem śpiewał Kipiełow, potem ty, najpierw u Mawrina śpiewał Kipiełow, potem śpiewałeś ty, najpierw w Arii śpiewał Kipiełow, teraz śpiewasz ty... Niektórzy już prognozują, kto zostanie następnym wokalistą grupy
Kipelov.

O, ja też o tym myślałem (śmiech). W razie czego spokojnie można się tam wybierać. Ze swojej strony chciałbym zaproponować Walerijowi śpiewanie w
zespole Bierkut.

Aria dużo koncertuje. Jak rodzina odnosi się do twojego muzykowania i ciągłych podróży?

Ze zrozumieniem, ze zrozumieniem. Oczywiście jest to trudne. Myślę, że każda żona i dzieci chcą, aby mąż i tata cały czas był w domu. Ale może jest w tym przyjemność, kiedy człowiek wyjeżdża na jakiś czas, a potem wraca z nową energią.

Teraz jest modne nagrywanie albumów z coverami. Co chciałbyś wykonać z cudzych rzeczy tak, żeby z jednej strony było to arijskie, a z drugiej bliskie Tobie.

Tak od razu trudno powiedzieć. Prawdopodobnie coś z Grand Funk Railroad, Mötley Crüe, Deep Purple, Judas Priest, solowego Roba Halforda. A z rosyjskiej muzyki można by zaśpiewać jakieś utwory Autografu i Alfy – przy okazji, był to wspaniały zespół.

Piszesz piosenki, ale na albumie Arii znalazła się do tej pory tylko jedna. Dlaczego nie wydasz solowej płyty?

Obecnie właśnie tym się zajmuję. Pracuję nad ogromnym zestawem całkiem nowych kawałków i mam zamiar wydać go samodzielnie. Sprzedanie tego komuś teraz jest mało prawdopodobne, i wcale nie potrzebne. A dlaczego w Arii nie ma moich utworów? Przez mój styl i ducha nie pasuję tam jako autor. Prawdopodobnie jest lepiej, kiedy komponują ludzie stanowiący rdzeń grupy, którzy wiedzą od lat, jakie riffy powinny brzmieć w piosence. Ja mogę przynieść melodię, harmonię, zwrotkę zaśpiewać, ale to trzeba dokańczać, przerabiać, a żeby wyjaśnić, jak ja to widzę, musiałbym umieć profesjonalnie grać na gitarze... A ja jak pies – rozumiem, ale powiedzieć nie mogę (śmiech).

Tym niemniej, Armageddon kończy się twoim utworem Twój Dzień („Твой день”). On wydaje się bardzo w stylu Autografu i zostawia wrażenie, że nikt w zespole nie wie, jak pod Twój głos poprawnie pisać muzykę.

To naturalne. Każdy śpiewający zawsze napisze kawałek tak, żeby było mu wygodnie śpiewać. Chłopaki przynoszą swoje utwory z gotową linią wokalną, ale jeśli mi się śpiewa źle, można ją zmienić.

A jak odbywa się w Arii praca nad utworami? Ktoś z muzyków przynosi materiał w formie riffów i wszyscy przyłączają się do
aranżacji, czy każdy przychodzi z w pełni gotową piosenką?

U nas jest tak: jeśli ktoś przynosi materiał, i komuś coś się nie podoba: "Zaproponuj coś innego!" I jeśli zaproponowane okaże się lepsze, to jest przyjmowane. Inna sprawa, że muzyk, gitarzysta i aranżer, lepiej czuje aranżację. Jeśli istnieją słowa, którymi można wyrazić, jak ty widzisz ten czy inny moment, to wszyscy zagrają i spróbują.

A przypuśćmy, przynoszą tobie tekst i on się tobie nie podoba. Zupełnie!

Zmieniajcie! (śmiech) Bardzo często tak bywa – trzeba przerabiać i przerabiać. To bardzo ciężkie. Na Margaritę Puszkinę wywierana jest ogromna presja. Przy czym, bywa tak, że trzeba zmienić dosłownie dwa słowa, ale z tego powodu gubi się cały sens, i dlatego trzeba przerabiać, na przykład, dwie zwrotki. Albo refren trzeba zmienić, ponieważ te dwa słowa się nie układają. Najważniejsze, żeby tekst był zrozumiały, dostępny i prosty w pojmowaniu. Ponieważ muzyka sama w sobie i tak nie jest lekka.

A ty sam nie próbowałeś nigdy pisać tekstu albo muzyki?

Pisałem, nawet dużo, po rosyjsku i po angielsku. Po angielsku lepiej się udawało, a po rosyjsku wychodziła jakaś bzdura (śmiech).

Umiesz pisać teksty po angielsku, dobrze śpiewasz po angielsku. Dlaczego nie zrobić by na stronach B singli jakichś utworów w wersji anglojęzycznej?

Miałem takie doświadczenie, kiedy mieszkałem w Stanach, nawet nie jeden raz. Chłopaki, z którymi utrzymywałem kontakty, najczęściej byli Amerykanami. Przyjeżdżają oni, weźmy, do rosyjskiej dzielnicy, na przykład w Los Angeles, Santa Monica, i widzą napis po rosyjsku: "Co tam jest napisane?" Odpowiadam: "Napisane – mięso". "A dlaczego w naszym kraju jest napisane "mięso" po rosyjsku?" Oni odnoszą się do tego bardzo poważnie, są przeciwko temu, żeby w ich kraju coś było napisane po rosyjsku. Z drugiej strony to międzynarodowy rynek. Nie mam nic przeciwko, kiedy Czesi, Polacy, Finowie śpiewają po angielsku, ale jeśli chodzi o Arię, to chciałbym, żeby ona "zabijała" językiem
rosyjskim, właśnie tak, jak jest napisane w oryginale.

20 lat temu Aria śpiewała dla swoich rówieśników. Czas upłynął, i u rówieśników pojawiły się dzieci, które także zaczęły słuchać tej muzyki. Wkrótce nadejdzie trzecie pokolenie słuchaczy... Jak to jest, śpiewać dla stale odnawiającej się publiczności? Spotkać 40-letniego człowieka w koszulce Arii jest niezmiernie trudno.

Po pierwsze, trzeba bardzo dokładnie śledzić repertuar, teksty, wyrażenia, ponieważ stale myślisz, że ludzie tam nie całkiem dorośli. My przecież nie grupa Leningrad – nie możemy sobie na coś takiego pozwolić. To jest tak, jakby nasze dzieci przychodziły na koncert. Czasami ludzie biorą teksty bardzo do siebie, do serca, zrozumieją nie tak, i potem nam przychodzi tłumaczyć, co mieliśmy na myśli w tej, czy innej piosence. Ale napisane zostały z innym przekazem. One są jak odrębne etiudy w teatrze. Są tematy, które i mnie nie są bliskie. Ale to nic nie znaczy. Tak jak aktor gra na scenie różnych bohaterów, którzy mu się nie zawsze podobają, tak i wokalista.

Tłumaczenie za http://metalrus.ru/page-al-int_berkut.html