Twitter AriaWiki Profil na naszej-klasie Profil na myspace.com Profil na Facebook.com Forum fanklubu 'Chimera' Grupa na Last.fm Profil na YouTube.com Arija.pl Historia Dyskografia Galeria Koncerty Księga gości Linki

Wywiad z Arturem Bierkutem, cz. 1/2

Artur Bierkut

Tradycyjne pytanie: w latach siedemdziesiątych każdy starał się zostać kosmonautą albo operatorem sterowanych komputerowo maszyn. Co zachęciło Cię do zostania muzykiem, co było bodźcem?

Artur Bierkut:
Wszystko oczywiście zaczęło się od BEATLESÓW, a potem – SLADE, SLADE i jeszcze raz SLADE! I potoczyło się w tamtą stronę: DEEP PURPLE i tak dalej… Byli wtedy radio-chuligani (nielegalnie działający radioamatorzy – przyp. tłum.), którzy puszczali zakazaną muzykę (w ZSRR muzyka tzw. „zachodnia” była oficjalnie zakazana jako obca ideologicznie i szkodliwa – przyp. tłum.), w tym i ciężką, na przykład, BLACK SABBATH. Posłuchałem trochę rzeczy, zaciekawiło mnie, co w tym takiego zakazanego i zrobiło to na mnie ogromne wrażenie. Bardzo spodobało mi się przesłanie, nastrój, a nie to, że było to zakazane. Pomalutku zaczynały trafiać się albumy, które kosztowały makabryczne pieniądze. Wszystko to było bardzo, ale to bardzo interesujące.

I od razu chciałeś śpiewać?

Artur Bierkut:
Nie. Najpierw chciałem być basistą, nawet nie wiem dlaczego. Bardzo mi się podobał ten instrument. Na każdym podwórku był zespół, wszyscy najpierw robili próby po bramach, a potem już grali po pałacach kultury, szkołach, na aparaturze, którą wypisywano w bezgotówkowym obrachunku. Mieliśmy kawałki instrumentów, zbieraliśmy je, kleiliśmy; przewlekałem pas jakoś chytrze przez nogę i grałem na basie. Nie powiem, że to było wspaniałe, przeciwnie, jestem pewny, że było bardzo kiepskie. Ale właśnie z jakiegoś powodu wtedy podobała mi się gitara basowa. Wcześniej mieliśmy takie potańcówki, dla swoich znajomych i jakoś raz nie przyszedł wokalista. Spróbowałem śpiewać jakieś piosenki THE BEATLES i poradzili mi dalej iść w tym kierunku. Już wtedy zrozumiałem, że to nie takie proste, ale co mi się bardzo spodobało, to fakt, że więcej uwagi zwraca się oczywiście na wokalistę niż na gitarzystę basowego. Chociaż jest to bardzo wielka odpowiedzialność i potworna trema przed wyjściem na scenę, i to mi się nie podobało. Przypuśćmy, jeśli bas nie gra, to nikt może tego nie zauważyć, a jeśli wokalista nie śpiewa albo śpiewa źle, to wszyscy natychmiast powiedzą, że to nie aparatura winna, a konkretny człowiek, który po prostu odwala chałturę.

Gdzie potem uczyłeś się śpiewu?

Artur Bierkut:
Kiedy byłem mały, poszedłem do szkoły muzycznej. Bardzo chciałem nauczyć się grać na fortepianie, przy czym, nauczyć się normalnie, to znaczy nauczyć się zapisu nutowego, wiedzieć, jak buduje się akordy, po prostu po to, żeby komponować samemu muzykę. Ponieważ gitary, z reguły, nie starczało: tam był pierwszy „swojski” akord (Am), drugi „swojski” (Dm), trzeci „swojski” (E7), „schodki” (C), „gwiazdka” (Am – mała, Dm – duża), barre na pierwszym… (Bierkut podaje tu tradycyjne rosyjskie nazwy prostych akordów, w języku polskim tego typu słownictwo nie występuje – przyp. tłum.) Trochę mało, szczerze powiedziawszy. Przed tym, jak podjąłem decyzję, poradzili mi iść na wokal, a przy okazji nauczyć się też fortepianu. Przyszedłem do swojej rejonowej szkoły muzycznej i powiedzieli mi: „Co do wokalu, musimy Cię zmartwić, nie nadajesz się, nie masz głosu”. Próbowałem im zaśpiewać jakieś piosenki z repertuaru Roda Stewarta, a oni na to: „O, nie, nie potrzebujemy czegoś takiego, to nie jest śpiew”. A zrobiłem tak specjalnie… Krótko mówiąc, nie przyjęli mnie, trzeba było jakoś samemu… I dopiero potem poszedłem do szkoły im. Gniesinych.

A na jaką specjalność? Wokalną?

Artur Bierkut:
Najpierw dostałem się na wydział komedii muzycznej w szkole im. Rewolucji Październikowej, a potem udało mi się przenieść do Gniesinych do klasy wokalnej, ponieważ nie było żadnej możliwości, by zajmować się komedią muzyczną. Przedstawienia przechodziły, dostawałem „piątki”, mieliśmy strasznego pedagoga. To było interesujące, ale po prostu nie moje. Wszystko, co jest związane ze sceną, wyzwala – w końcu to jest dialog, a to monolog sceniczny, i to jest bardzo zdrowe. Wydaje mi się, że każdy człowiek, który przeżywa tremę przed salą, przed obcowaniem z publicznością, powinien przez to przejść…

Gra w zespole to był czas wolny czy praca?

Artur Bierkut:
W sumie, pracowałem od samego początku, tak myślę, od 15. roku życia musiałem sam zarabiać pieniądze, zarabiać je w restauracjach, na ślubach i imprezach z okazji świąt. Wcześniej to nieźle się opłacało i było bardzo modne. Jeśli człowiek umie śpiewać na przykład „Obrączkę”, albo powiedzmy „Ach, Odesso, nadmorska perło” (klasyczne rosyjskie „hity” biesiadne – przyp. tłum.), to znaczy, że wszystko jest w najlepszym porządku. Stworzyliśmy zespół, w którym chcieliśmy grać swoje własne piosenki, bardziej złożone kompozycje, składające się z kilku części… Ale ludzi to nie interesowało: „Dajcie spokój z własnymi kawałkami! Zagrajcie lepiej „Szyzgarę”! ((Szysgara – rosyjska nazwa popowego przeboju „Venus” holenderskiej grupy Shocking Blue z 1969 r., spopularyzowanego na świecie przez grupę Bananarama w połowie lat 80. Rosyjska nazwa pochodzi od… angielskiego „She’s got it”, które pojawia się w refrenie – przyp. tłum.)”. Dlatego zdecydowaliśmy, że będziemy zarabiać pieniądze na coverach.

Jak dostałeś się do swojej pierwszej poważnej grupy?

Artur Bierkut:
To była półprofesjonalna grupa KONTINENT. Mieliśmy bardzo wpływowego, przynajmniej jak dla nas, kierownika artystycznego, Władimira Trofima, który miał wykształcenie muzyczne. A jeśli człowiek miał wykształcenie muzyczne, to we wszystkim, co mówił, miał rację. Braliśmy udział w konkursie zespołów wokalno-instrumentalnych, w którym zajęliśmy 2. albo 3. miejsce, zresztą, po grupie CZAS PIK, gdzie śpiewał Misza Sieryszew (późniejszy wokalista grupy MASTER – przyp. tłum.). I po tym zaczęli nas zapraszać na jakieś przyjęcia, uroczyste wieczorki… Wystąpiliśmy nawet w Sali Kolumnowej Domu Sojuzow z jedną swoją piosenką, która nazywała się „Chile”.

A jak trafiłeś do grupy WOŁSZEBNYJE SUMIERKI?

Artur Bierkut:
Poznałem się z Władimirem Chołstyninem i znowu zaczęliśmy brać udział w sesjach nagraniowych… Także połowę cover-wersji graliśmy za pieniądze, ponieważ trzeba było jakoś przeżyć, a potem bez trudu zasiliłem grupę WOŁSZEBNYJE SUMIERKI. Ta grupa jak na tamte czasy miała bardzo dobry materiał, bardzo treściwy. Pisali go wszyscy, oprócz mnie. I z fachowego punktu widzenia nie powinienem się tam dostać. Chłonąłem to, uczyłem się...

A dlaczego odszedłeś z tego zespołu?

Artur Bierkut:
Wtedy moją ukochaną grupą był AWTOGRAF. Właśnie nakręcono film „Kapelusz” z ich udziałem. Bardzo dobry film, byłem na nim chyba z osiem razy. Nie znałem wtedy jeszcze nikogo z AWTOGRAFU, ale bardzo podobała mi się muzyka. Tam ich wszystkich pokazują, kawałki prób, a rolę wokalisty grał jakiś aktor. Brutiana (Siergiej Brutian – ówczesny wokalista AWTOGRAFU – przp. tłum.) tylko na końcu pokazali. Ale tak czy owak, bardzo mi się spodobało. I nagle otrzymałem propozycję by dołączyć do nich i nie spałem w nocy, nie wiedząc, co robić. Z jednej strony jeszcze nic nie wiadomo, a z drugiej już trzeba się określić… Ogólnie, trzeba było coś w swojej kwestii zdecydować. Władimir Chołstynin wtedy podszedł do tego ze zrozumieniem i powiedział, żebym koniecznie szedł, i że jeśli on miałby taką możliwość, to poszedłby bez zastanowienia.

A kiedy pojawił się pseudonim Bierkut i dlaczego akurat Bierkut?

Artur Bierkut:
To wydarzyło się na początku mojej twórczej drogi w grupie AWTOGRAF. Miałem przyjaciela, Andrieja Ałpatowa, flecistę, niezwykłego, wspaniałego muzyka i razem zdecydowaliśmy się jakoś wyróżniać. Teraz bym powiedział, że powinni wyróżniać się ci, którzy dobrze grają, ale wtedy byłem młody. Andriej zaproponował wówczas Bierkuta. I zacząłem grać pod takim imieniem.

Kiedy przyszedłeś do AWTOGRAFU, grupa była „rozkręcona”, nagrywała album. Jak ciężko było wkomponować się w znany skład zespołu?

Artur Bierkut:
W ogóle, to zawsze zależy od ludzi, którzy tam pracują. Na początku mogłem być rozluźniony i wolny. Jedyną kwestią było to, że musiałem nauczyć się utworów, a mieliśmy zaplanowane 10 albo 11 koncertów pod rząd w Sietuni, każdy na 8500-9000 ludzi i bilety były już wyprzedane. Pozostawał tydzień do koncertów i utwory nie były w zasadzie gotowe. Dzień i noc się ich uczyłem – nie miałem nawet czasu na tremę. Dopiero potem, kiedy już wyszedłem i zobaczyłem, co tam się dzieje, wszystko do mnie dotarło. Było bardzo ciężko. Chociaż nie, nie było ciężko – nie miałem po prostu czasu, żeby odpocząć: zagraliśmy w Moskwie i zaraz potem natychmiast wsiedliśmy do samolotu i lecieliśmy na kolejne koncerty. I tam już poszło… Poparcie ze strony chłopaków, ze strony Aleksandra Sitkowieckiego, było kolosalne. Byłem dla nich jak «syn pułku»! (śmiech)

W latach 84-85 AWTOGRAF nagrywał, ale «Melodia» wydaje tylko album w roku 86-tym...

Artur Bierkut:
Na początku, wydaje mi się, że nie dawano nam możliwości nagrywania. A kiedy pozwolili, przyszliśmy i zobaczyliśmy, że ich aparatura po prostu nie pozwala zapisać tego, co gramy. To znaczy – zapisać można, ale tylko «na pół gwizdka». I nic chodziło tu wcale o pieniądze. Po prostu dawali pewną ilość czasu, w którym zwyczajnie nie było możliwe fizycznie się zmieścić, więc zdecydowaliśmy się tego nie robić.

W roku 85. odbył się międzynarodowy festiwal zorganizowany z myślą o pomocy Afryce, który zorganizował Bob Geldof, Live Aid. AUTOGRAF wystąpił na nim z dwoma utworami…

Artur Bierkut:
Do samego końca nie rozumieliśmy, co to jest. Zaproszono nas do Ostankino, na telemost. Pozner (ros. dziennikarz telewizyjny – przyp. tłum.) zaprowadził nas tam i zapowiedział. Zobaczyliśmy, jaki tam znajduje się ogrom wszystkiego, w telewizorze, siedzieli chłopcy i oglądali ten całodobowy festiwal. Powiedzieli nam: «Tutaj będziecie występować». Byłem po prostu w kompletnym szoku. Nagoniono tam jakichś widzów, żeby zrobili tłum... To był ogromny festiwal. Zagraliśmy tam «Nam nużen mir» (Nam jest potrzebny świat) i «Gołowokrużenie» (Zawrót głowy) - wnieśliśmy, można tak powiedzieć, swój mały wkład...

Wszyscy występowali na żywo?

Artur Bierkut:
Oczywiście!

Wkrótce potem w AWTOGRAFIE pojawili się Mazajew i Wałonien. Co dało powiększenie składu?

Artur Bierkut:
No, zdecydowaliśmy się, jak to się mówi, iść z duchem czasu. Pojawiło się u nas bardzo dużo elektronicznych gadżetów i konsolet, z którymi trzeba było bardzo szybko się zapoznać, jednocześnie nagrywać i żeby to jeszcze na scenie pracowało. Rusłan (Wałonien – przyp. tłum) – był elektrykiem, grał na klawiszach, świetnie znał się na elektronice, w sekwencerach i dlatego go wzięliśmy. A Mazajew – od dawna się z nim przyjaźniliśmy i jako, że nikt jeszcze nie kwestionował istnienia w zespole instrumentów dętych, zdecydowaliśmy się go przyjąć. Próbowałem sam się nauczyć grać na saksofonie - ale przy Sierioży to było niepotrzebne…

W połowie lat 80. do wielu utworów teksty pisała Margarita Puszkina, a potem ta współpraca ustała – album z 1989 roku «Kamienny brzeg» zawierał już teksty Siergieja Patruszewa. Dlaczego?

Artur Bierkut:
Wydaje mi się, że była tak obciążona, że nie była w stanie od razu zabrać się do pracy z nami. Musieliśmy wypuścić album, a im szybciej, tym lepiej.

Na «Kamiennym brzegu» jako autor muzyki widniał cały zespół «AUTOGRAF» bez podziału na autorów.

Artur Bierkut:
Zebraliśmy się wszyscy razem i tak zdecydowaliśmy. Było tam bardzo wiele  rzeczy, które były napisane, na przykład, całkowicie przez mnie, albo Lonię Gutkina, albo Saszę Sitkowieckiego i zdecydowaliśmy, żeby nie szarpać się między sobą o autorstwo, a napisać: «Muzyka - AUTOGRAF». Wszyscy się zgodziliśmy. Pamiętam tę rozmowę jak dziś, nigdy nie było z tym problemów.

A dlaczego na EP-ce «Pokój w sobie», która wyszła zaraz potem, było już konkretnie przypisane autorstwo?

Artur Bierkut:
Nie wiem. Może dlatego, że EP-ka ukazała się po wydaniu albumu i znalazły się tam utwory, które nie znalazły się na «Kamiennym brzegu».

W grupie AUTOGRAF był projekt współpracy z amerykańską piosenkarką Meri D. Marshall. Co to był za projekt?

Artur Bierkut:
Taki pomysł pojawił się, jeśli się nie mylę, po występie na festiwalu w Sopocie. To było pierwsze zaproszenie i nasz kontrakt zależał jeszcze od ludzi, którzy przywieźli tę piosenkarkę. Zgodziliśmy się po prostu jej akompaniować. I nie, to nie był projekt – to była jednorazowa akcja. Na afiszach pisali, że to niby radziecko-amerykański wieczór przyjaźni.

Mniej więcej w tym czasie z grupy odchodzą Siergiej Mazajew i Wiktor Michalin. I do Ameryki zespół wyjechał już z Siergiejem Krinicynem?

Artur Bierkut:
Nie, o ile pamiętam, Krinicyn grał tutaj. Kontrakt mieliśmy podpisany z Michalinem. A do Ameryki pojechaliśmy nagrać po angielsku utwory w większości z «Kamiennego brzegu».

Ale one brzmią już inaczej…

Artur Bierkut:
One brzmią kompletnie inaczej. Z początku chcieliśmy zrobić wszystko, jak u nas, no, może troszeczkę uprościć. Kiedy przyjechaliśmy do Stanów, powiedzieli nam: «No, chłopcy, pożyjecie tutaj z tydzień, pooglądacie, radia posłuchajcie…». A my w gorącej wodzie kąpani, rwiemy się do pracy, do studia – szybciej, szybciej. Ale słuchamy radia: tam nawet nie ma czegoś choć odrobinę podobnego do tego, co my gramy. Pomyśleliśmy, że chcą zrobić muzyczny przełom. Jakżeby inaczej! Od tej pory, kiedy trafiliśmy do studia, przez nie przewinęło się wielu wpływowych ludzi, na przykład, Jeff Baxter z THE DOOBIE BROTHERS: «Nie, tak grać nie można, trzeba grać prosto». A my się pytamy: «No, ale jak to prosto? Muzyka była tak napisana, z takim założeniem, żeby tutaj chrząkało, tu piało, i wszystko w trzech częściach…». «Nie, nie trzeba, trzeba prosto, wszystko prosto» I tak oto powolutku z AUTOGRAFU nic nie zostało. Pojawiła się zwykła amerykańska grupa, jakich wiele.

To dlatego, że w Ameryce była już grupa AUTOGRAPH?

Artur Bierkut:
Ci z San Francisco? Przynoszą nam album, ja wołam: «О, album już wyszedł, chłopcy!», a potem patrzę – twarze nie te, utwory nie te. I nasz producent Herb Cohen, z Bizarre records, powiedział: «Trzeba pisać na końcu nie «ph», а «f», żeby się nie mylili».

Takim sposobem, po nagraniu amerykańskiego albumu, nadszedł koniec zespołu?

Artur Bierkut:
Wydaje mi się, że on już nadchodził od dawna: bardzo wielu ludzi ze składu zaczęło zajmować się nie tylko muzyką, chyba byli tym zmęczeni. A epizod w Ameryce można podsumować tak: no, wydaje się, że nagraliśmy album i tyle. A kiedy muzycy zaczną przerabiać utwory to, oczywiście, wszystkie pozostaną utworami, ale ich duch już nie będzie ten sam, nastrój nie ten. Pewnie, można było rozejść się na jakiś czas, powiedzmy rok-półtora, ale do tego trzeba było sfinalizować kontrakt… W mojej opinii celowym byłoby nagrać nowe utwory, ale Amerykanie chcieli tylko i wyłącznie te nagrane i zaśpiewane inaczej. Dziwne… I ja, szczerze mówiąc, nie rozumiałem, po co im jeszcze jedna amerykańska grupa. Na odwrót – wydaje mi się, że byłoby to interesujące połączenie…

Potem Sitkowiecki nagrywał solowe albumy. A czym zajmowali się inni?

Artur Bierkut:
Ja z Lonią Gutkinem kontynuowaliśmy działalność muzyczną już w składzie innego zespołu, dziesięć razy zmieniał nazwę, już nie pamiętam jak się nazywał. Śpiewaliśmy i nagrywaliśmy utwory po angielsku, potem nawet z nimi pojechaliśmy do Stanów. Kontrakt był podpisany na 5 lat i nie mogliśmy wyjechać z Ameryki. Po prostu oskarżono by nas o to, że nie dopełniliśmy warunków kontraktu. Czyli, nawet jeśli grupa by się rozpadła, byliśmy zobowiązani to odpracować. Mnie osobiście wezwano na poważną rozmowę: «Gitarzystę, basistę możemy zmienić, a wyciąć głos i wstawić głos innego człowieka nie możemy. Tak więc, bądź dobry i te pięć lat odpracuj do końca». Więc zgodnie z tym powystępowaliśmy tam z Lonią w różnych miejscach. A tego, czym zajmowali się pozostali, nie wiem. Nie to, żebyśmy się nie kontaktowali – kontaktowaliśmy się, ale wydaje mi się, że nikt nie interesował się, kto czym się zajmuje.

A dlaczego rozstałeś się z Gutkinem?

Artur Bierkut:
Było wiele rozbieżności: na temat muzyki i naszego przetrwania. Nie chcieliśmy upaść zupełnie nisko. Lepiej zatrzymać się na tym co osiągnęliśmy, niż upaść na dno. W Ameryce jest bardzo ciężko. Uważałem, że nie należy tracić własnej twarzy, a ktoś inny uważał, że można gdzieś się ugiąć, żeby potem było lepiej. I tak to nie dogadaliśmy się...

C. D. N.

wywiad pochodzi ze strony http://metalrus.ru/page-al-int_berkut.html